czerwona czapka
Milion rzeczy zawsze chciałam. Ale najbardziej chciałam czapkę. Taką czerwoną czapkę, trochę za dużą, nie w moim rozmiarze. Coś pomiędzy kapeluszem a dżokejką. I po bokach żeby miała zwisające sznurki w dwóch kolorach. Innej nie chciałam. Czasami zakładałam różne takie, tak na próbę, ale tylko na chwilę. Zawsze mnie uwierały, chociaż na początku wydawały się pasować, ale po pewnym czasie zamiast służyć, robiły krzywdę. Ja je prałam, dbałam o nie super, a one kuły mnie, uciskaały. Następowało więc szybkie założonko, pochodzonko w nich tymczasowe i koniec. Spadówa. Czarne były, duże, małe, nowe zupełnie i używane też się trafiały. Ale mojej czerwonej ciągle nie miałam. Wyobrażałam ją sobie, wiedziałam dokładnie jaka ma być. Jaka chciałam żeby była. Ciepła, żeby chroniła przede wszystkim, przed tym przed czym chronić powinna. Ona by już sama dobrze wiedziała co ma robić. Nie musiała by być ulepszana, poprawiana. Od początku byłaby idealna. Nie niszczyła się, nie pogarszała swojego stanu. Ciągle świeża, jak dopiero co zdjęta z wieszaka. Ale mojej czerwonej czapki nigdzie nie było. Najpierw przybrałam taktykę wyczajki. Czekałam, wyczekiwałam. Ale takie kontrolowanie sytuacji na nic się zdało. Jak czapki nie było, tak nie było. Nie pojawiała się, nie zanosiło się nawet że się pojawi. Wręcz przeciwnie. Wszystko dokoła wskazywało na to, że z czapki nici. Że czapki nie będzie. Nie byłam jakoś super zaskoczona tym faktem, nie byłam też zła. Kwestia przyzwyczajenia. Zdążyłam zaznajomić się świetnie z takim stanem rzeczy, czapki ciągłego braku. A tu zaczął się taki czas, że czapka w ogóle nie pasowała. Było zimno, to prawda, ale gdyby się czapka pojawiła, popsułaby wszystko. Zrujnowałaby aurę zrujnowania. Bo waliło się i waliło. Już od jakiegoś czasu było porozwalane, ale to akurat był taki czas, kiedy narozwalało się nadmiernie. Zasypało mi głowę doszczętnie, nawet myśl o czapce zakopana gdzieś była głęboko i po raz pierwszy od bardzo dawna zapomniałam o nieodpartej chęci zdobycia czerwonej czapki. Nie wyleciało z głowy ale przykryte zostało. I jak tak warstiwły się warstwy przykrycia, ni stąd ni zowąd pojawiła się czapka! Pierwszy raz w życiu zobaczyłam ją z bliska. Taka prawdziwa, nie z telewizora, czy taka na cudzej głowie. Tylko taka czapka na wyciągnięcie ręki. Na samym początku nie zorientowałam się że to ta, że to ta czerwona. Ale powolutku orientowałam się coraz lepiej. Orientowałam się i wyczuwałam że ona też się orientuje. Orientowała się wolniej ode mnie. To ewidentne było, że to ja założę czerwoną czapkę, a nie ona wskoczy na moją głowę. Nie wskoczyłaby. Ale pasuje fantastycznie. Nie jest dokładnie taka jaka chciałam żeby była, nie jest ideałem. Nie jest nawet czerwona. Nie jest nawet czapką! Ale jest prawdziwa!







